O autorze
Cykl listów niebanalnej treści, od Autora, do tego drugiego. Właściwie o wszystkim, co aktualne i przeważnie nie na temat, czyli to, czego może chcieć przeciętny czytelnik. Dlaczego Listy Hedonisty? Świat wokół nas to przecież hedonizm w najczystszej postaci, a wokół niemal sami hedoniści, tak więc każdy znajdzie coś dla siebie.

AUTORZY BLOGA
Adrian Jasiński

Przedsiębiorca, manager branży rozrywkowej i właściciel marki Show Central. Entuzjasta nowych mediów i technologii. Manager produkcji i realizacji różnorodnych projektów polskiego sektora rozrywkowego. Koordynował lub koprodukował projekty kulturalne i rozrywkowe dla takich firm jak IBM, Orlen, Bentley Polska, Grupa LOTOS, Koleje Mazowieckie, Uniwersytet Śląski, PGNiG Termika, Eurobuild, czy Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, oraz wielu innych.

Tomek Rogoża

Urodził się w Wilnie, mieszka w Gdyni. Kibicuje gorąco wszystkim inicjatywom, które przyczyniają się do unowocześnienia Gdyni, jak i Trójmiasta jako całości. Student Prawa na Uniwersytecie Gdańskim. Współwłaściciel agencji branży rozrywkowej Show Central. Pasjonuje się genealogią oraz prawem nowych technologii. Amator sztuki. Przepada za tym, aby dobrze się ubrać i jeszcze lepiej zjeść.

#17 Święta na Gozo/ Święta w Egipcie. Czym się różnią od tych w Polsce?

Wybrzeża wyspy Gozo niereformowalni.com
Listy dwóch niereformowalnych przyjaciół. Tekst z serii "Listy Hedonisty". Wcześniejsze Listy na: www.niereformowalni.com

Gozo, 6 kwietnia 2015

Tomku,

Chyba zdążyliśmy już nieco odpocząć od swojego towarzystwa, tak więc w porywie wewnętrznego masochizmu postanowiłem do Ciebie napisać. Mam jednak nieodparte wrażenie, że większą jego dawką wykazałeś się Ty, spędzając święta wielkanocne w targanym niepokojami i zmilitaryzowanym wręcz Egipcie.



Piszę do Ciebie nie byle skąd, z nieprzeciętnie malowniczej wyspy Gozo. Miejsce to napawa optymizmem już od pierwszej chwili. Mimo że wyspa składa się głównie ze skał porośniętych skąpą roślinnością, piękna słoneczna aura zagląda tu niemal codziennie przez cały rok. W przeciwieństwie do wszechobecnego egipskiego piachu i sprzedawców gotowych przehandlować własną matkę za banknot z Georgem Washingtonem, tu panuje cichy i spokojny śródziemnomorski klimat. Jest mi on dużo bliższy niż pustynne i brudne przestrzenie ulic egipskich metropolii. Miast zapachu starych kadzidełek czuć tu wyraźnie powiew dawnej świetności Imperium Jej Królewskiej Mości.

Nad urokiem tej małej wyspy będę się jeszcze rozpływał na naszym blogu – uwaga kryptoreklama. W liście do Ciebie chciałem wspomnieć o podejściu Gozitan do życia codziennego. Zupełnie odbiega bowiem ono od dobrze nam znanego z Polski pędu za właściwie nie wiadomo czym.

Przeciętny Gozitanin, nazwijmy go Peter, jest rolnikiem lub handlarzem. Pracuje niespiesznie, bez nerwów i zniecierpliwienia, odliczając czas do upragnionej sjesty. Między 14:30 a 16:00 następuje właśnie, ona upragniona przerwa, nie tylko w pracy, lecz w każdej czynności niebędącej piciem tutejszego wina Green Label. Peter siada więc przy swoim farmhouse i cieszy się życiem. W tym czasie przeciętny Janek z warszawskiego Mokotowa jest w pracy, pomiędzy jednym raportem a drugim, nerwowo zjadając trzymany w rękach długopis, bo o lunchu z braku czasu nawet nie może być mowy. Zastanawiam się więc coraz intensywniej nad zmianą branży z polskiego managera na gozitańskiego farmera. Co o tym myślisz?

Pozdrowienia!
A.



Sharm el Sheikh, 7 kwietnia 2015

Adrian!

Jak Ci nie wstyd przerywać mi pobytu w raju, zmuszając do myślenia i to jeszcze w tonie lekko nieprzyjaznym? Nie jesteś masochistą, ale sadystą. Ok, czekaj, tylko zamówię drinka. (Garson, the same, please!) Owszem, Egipt jest dziki, ale jak na lekkomyślnego polskiego turystę przystało - para karabinów i konwojów policji towarzyszących wieczornym przejażdżkom nie czynią dla mnie wiosny. Jednak przed wypadem przez pustynię, na nocleg do wioski beduińskiej, z żalem się powstrzymałem. Podobno porywają, a przecież all inclusive opłacone...

Co do Wielkanocy. Właścicielem hotelu, w którym się zatrzymałem jest Brytyjczyk, stąd też spodziewałem się, że będzie przynajmniej jakiś symbol święta, już nie mówię o kolorowych pisankach. Nie było nic, co więcej podobno przez cały dzień żadnego dania z jajkiem. Ani jednego! Wycwaniliśmy się jednak i z rodziną Wielkanoc spędziliśmy wśród gór Synaj ( miejscowi używają l.mn.). Zaiste biblijne pejzaże. Podzieliłem się z bliskimi kilkoma przemyśleniami w związku ze świętami, więc paradoksalnie pomimo braku otoczki religijnej, święconek itp. pierwszy raz od kilku lat przeżyłem Wielkanoc duchowo.

Tego się nie spodziewałeś co? Pewnie myślałeś, że w pocie czoła skupuję Rolexy u Mahmeda za hurtową "dobrą cenę" $60? Albo polóweczki Lacoste z przekrzywionym krokodylkiem u Alladyna? Egipcjanie są bezczelni. Jeśli mówią cenę "Ile dasz" to nie oznacza wcale dowolności. To znaczy minimum $10, bo tak dają Rosjanie. Spróbuj dać mniej za zamglone zdjęcie zaciąganego wielbłąda, będzie wrzeszczeć i machać rękami. Najlepiej nosić stos dolarów w dłoni, wtedy biją pokłony. Coś koszmarnego i zabawnego jednocześnie. Najlepiej nie pić nigdzie na mieście herbaty, nie głaskać małpki, kobry i nie raczyć się haszem (którego cenę również można targować u Ahmeda).

Codziennie gram w plażówkę. W teamie zawsze ze Szwajcarem, Ukrainką, Niemką, Litwinem z Kłajpedy i dwójką Anglików. Przeciwko nam chmara Egipcjan z Kairu. U nas zasady. U nich totalny chaos. Żadnych przejść, serwuje, kto chce. Ukrainka próbuje pouczyć. "No international rules here. This is our regime and our rules"- ucina jeden z nich i wszyscy wybuchają śmiechem.

Ale nie tylko taki jest Egipt. Facet miał piękny kolonialny sklep z ziołami, obstawiony antykami i obrazami. Zapytałem, czy mogę zrobić zdjęcia. Wahał się chwilę, ale pozwolił. To ja się narzucałem, a nie on, bo wnętrze było niesamowite. Jakby się przeniosło w czasie lub co najmniej do Hogwartu. Gadka szmatka i po chwili, w poszukiwaniach mnie, cała nasza wataha 10 osób okazuje się w pięknym sklepie. Zostawiliśmy ok. $120. Tylko dlatego, że nie narzucał się. I miał dobry towar.

Co do Gozo, cieszę się, że wyjechałeś tam na święta. Potrzebowałeś resetu i na wzięciu Sneakersa by się nie obeszło. Jednak nie kapciej za bardzo. Przeciętny Peter jest Brytyjczykiem i ma grubo po pięćdziesiątce, a my mamy świeżo po dwudziestkach. I jest przeciętny, a my nie. Tak samo, jak nieprzeciętny jest Jurek, którego poznałem, który też jest po pięćdziesiątce, wysportowany, nosi lniane spodnie i koszule i jest Polakiem. Właściciel sieci sklepów w Trójmieście znanej franczyzy światowej marki. Dzisiaj jest w Egipcie na kitesurfingu z żoną, a dwa tygodnie temu w Malezji jadł gigantyczne robale w sosie. I co? Nadal chcesz być gozitańskim rolnikiem?

Widzimy się w Wawie! T.
Trwa ładowanie komentarzy...